Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 047 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


ROK 1930. MAPA BRONOWIC MAŁYCH

środa, 29 czerwca 2011 17:26

Droga wiodąca do Bronowic Małych mijała pałac i park w Łobzowie, a potem prosto zmierzała do rogatki miejskiej. Po prawej stronie w zieleni tonął budynek szkoły łobzowskiej (szkoły powszechnej nr XXXV, obecnie przedszkola nr 82), a za nim podmiejskie wille i domki budowane w latach trzydziestych. Podobnie z lewej strony drogi. Dużo zieleni, łąki, pola, i rzadka zabudowa. W latach pięćdziesiątych po południowej stronie tego odcinka dzisiejszej ulicy Bronowickiej stanęło niewielkie osiedle czterokondygnacyjnych budynków zamknięte ulicami Rydla i Jadwigi z Łobzowa. Tędy wyjeżdżano w stronę Śląska. Od połowy XIX wieku była to również droga forteczna Twierdzy Kraków.


Przy miejskiej rogatce – zburzonej dopiero na początku lat sześćdziesiątych -  kończyła się linia tramwajowa. Stało tam kilka piętrowych lub dwupiętrowych budynków mieszkalnych, a na rogu „drogi rokadowej” i zaczynającej się alei Stanisława Wyspiańskiego pierwsze domy osiedla wojskowego. Obok nich była apteka. Tutaj już przed 1939 zamieszkiwały rodziny żołnierskie – w pobliżu było wiele obiektów wojskowych. Zbudowana w tym rejonie tzw. stara pętla tramwajowa, która do roku 1975 kończyła bieg linii tramwajowych wyznaczyła w sposób naturalny plac. Jego północna pierzeja jest w zasadzie niezmieniona. Za nią wyrosło nowoczesne osiedle rozciągające się pomiędzy ulicami Rydla i Głowackiego.


Niedaleko stąd, bliżej torów kolejowych, powstał w latach 1863-1864 fort artyleryjski nadal wykorzystywany przez wojsko i stąd niewidoczny dla spacerowiczów. Idąc w kierunku zachodnim do 1948 roku szliśmy już aleją Wyspiańskiego. Kocie łby, częściowo w 1932 roku pokryte asfaltem, wystarczały dla ówczesnego niewielkiego ruchu samochodowego. Zimą śnieg wysoką zaspą oddzielał chodnik dla pieszych od ulicy. Zbudowana w drugiej połowie lat siedemdziesiątych linia tramwajowa do Osiedla „Widok” bez równoczesnej modernizacji ulicy Bronowickiej wprowadziła trudny chwilami do zniesienia hałas i duży ruch samochodowy.


Kiedy w latach trzydziestych całą prawą stronę ulicy zabudowano niewielkimi domkami to lewa strona pozostała słabiej zagospodarowana. Trochę pól, a potem dopiero na rogu ulicy Przybyszewskiego galanteryjny sklep Pawlikowskiego. Tutaj w późniejszych latach można było zjeść szybki obiad w barze „Śląskim”. Po przeciwnej stronie w latach pięćdziesiątych osiadła wpisując się w pejzaż Bronowic cukiernia Antoniego Lisickiego, a tuż za nią w niewielkich kamieniczkach był fryzjer Żmuda (później przez pewien czas oprawa obrazów) i restauracja Orłowskiego. Przed budynkiem Orłowskiego w latach trzydziestych i czterdziestych, na placu „pod Borówką”, handlowano owocami i warzywami.


Miejsce dzisiejszego przystanku tramwajowego w stronę centrum miasta zajmował zakład ślusarski Figiel-Gackiewicza, a tuż przed ulicą Wesele gospodarstwo ogrodnika Targosza. Ulica Wesele, nazywana także Bronowicką Boczną, była podzielona ogrodem na dwie części. Bliżej głównej ulicy stały tylko cztery domy, dalsza część – za ulicą Zaczarowane Koło, a dzisiaj Zapolskiej – to były małe parterowe domy po jej prawej stronie i pole po lewej stronie. Część z domów zmieniła swój wygląd, a na polu wyrosło osiedle i kościół św. Wojciecha. Ulica Zaczarowane Koło, wąska i jedynie utwardzona, zbiegała się za pocztą z ulicą Wyspiańskiego. Naprzeciw poczty u Stanisława Dudziaka można było naprawić rower, a w stolarni Więcka zamówić szafę.


W tym naszym spacerze nie można pominąć piekarni Francuza. Zapach pieczywa z tej piekarni i z piekarni Kowalika przy ulicy Wallka-Walewskiego każdego ranka wzmagał apetyt mieszkających tutaj ludzi. U Francuza powstała później kaplica, a obecnie mieści się stacja Caritas.


Aleję Wyspiańskiego za pocztą i ostatnimi domami zamykał krzyż na kamiennym cokole ufundowany przez ks. Stachowskiego w roku 1848 dla upamiętnienia wydarzeń powstania krakowskiego. Dzisiaj stoi on obok domu przy ulicy Złoty Róg 28. Ostatni odcinek ulicy pomiędzy łąkami i zbożami wyprowadzał nas na plac łączący ulice Jabłonkowską, Balicką (dawniej Mydlnicką) i Wernyhory (dawniej Złoty Róg). Dopiero w latach siedemdziesiątych po zbudowaniu dwupasmowej jezdni ulicy Koniewa (dzisiaj Armii Krajowej) i nowego wyjazdu w kierunku Katowic plac stał się zacisznym miejscem na trasie spacerów do Bronowic Małych.


Do kościoła chodziło się albo do św. Antoniego na górce w Małych Bronowicach albo do XX. Misjonarzy. U XX. Misjonarzy, w kościele Matki Bożej z Lourdes,  miał swoją pierwszą komunię świętą Zbigniew w roku 1941. Szkielet tej części Bronowic, obok wspomnianej ulicy Wyspiańskiego, tworzyły prostopadłe ulice II Brygady (obecnie Wallek-Walewskiego) i Łąkowa (obecnie ulica Przybyszewskiego). Ulice Krakusów i Kmietowicza były zamknięte Fortem w rejonie ul.Rydla. Ulica Wesele – na początku której stanął dom Albinów Hausnerów –  przecięta parcelą z ogrodem, tworzyła cichy zakątek i miejsce zabaw. Ulica Wyspiańskiego zbiegała się niedaleko przejazdu kolejowego z ulicą Złoty Róg, a kilkaset metrów wcześniej łączyła się z ulicą Zaczarowane Koło, obecną ulicą G. Zapolskiej. W tym miejscu od roku 1935 w budynku przy ulicy Złoty Róg 55 (teraz ul. Wernyhory 5) mieściło się biuro zarządu gminy zbiorowej Bronowice Małe.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ROK 1880. ZABAWY POD STARĄ WIERZBĄ

piątek, 24 czerwca 2011 20:11

 

Młynówka Królewska jest takim szlakiem, który w przestrzeni historycznej może łączyć różne pokolenia mieszkańców Bronowic Małych, Łobzowa, Nowej Wsi, Krowodrzy, Garbarów i starego Krakowa. Stąd od XIII wieku Kraków czerpał wodę, tutaj stały młyny. Młynówka tworzyła miejsce dziecięcych zabaw, a kiedy zniknęła z czasem stała się miejscem spacerów po jej zasypanym korycie. Tutaj biegały dzieciaki z Zarzecza i ulicy Wyspiańskiego. Doprowadzała spacerowiczów do Rudawy, która wiele razy zmieniała swoje koryto, a jej brzegi były miejscem tradycyjnych rodzinnych i przyjacielskich „majówek”.

 

W upalny, letni dzień wały Rudawy (...) zapełniały się ludźmi. (...) Dzieciaki pluskały się w wodzie, dostojne, tęgie matrony opalały, uprzednio rozebrawszy do różowej bielizny. Panowie – niekiedy kwiat zwierzynieckiego półświatka, ale także dostojni przybysze z innych dzielnic – paradowali w wełnianych, przeważnie granatowych kąpielówkach. Jedzono i pito – jak to na pikniku. Bliskość wody pozwalała na schłodzenie nie tylko piwa, ale i mocniejszych napitków i często płynęły Rudawą butelki po cytrynówce, po pomarańczówce, po innych kolorowych wódkach, jako że czystą pijano wówczas mniej chętnie niż dzisiaj. Czasami, ale rzadko, skuszeni perspektywą zarobku, pojawiali się nawet lodziarze z białymi skrzynkami na brzuchach i sprzedawcy obwarzanków (...) Wały Rudawy, dzisiaj w niektórych miejscach tak zarośnięte, że idzie się nimi w szpalerze drzew, przeważnie olch, kiedyś starannie koszono (...) ku przerażeniu licznych jaszczurek wylegujących się na ścieżkach. I ku niezadowoleniu licznych zbieraczy szczawiu.

 

W 1880 roku odnotowano wielkie bogactwo ryb: brzanki, jazgary, jazie, karasie, karpie, kiełbie, klonki, kolki, miętusy, minożki, okonie, piskorze, płocie, pstrągi, strzeble, siekierki, sumy, szczupaki, ślizy, ukleje.

*

Z wody Rudawy, Młynówki i Strugi korzystał pierwszy bronowicki sołtys, Detmar de Ketscher. Przez stulecia o tę wodę toczono spory: klasztor zwierzyniecki, z dziedzicem Woli Jostem Decjuszem i Bronowicami, potem z miastem Kraków, archiprezbiter kościoła Najświętszej Maryi Panny ks. Leonard Kiełczewski z podkomorzym Stanisławem z Łętowa Łętowskim, archiprezbiter z miastem Kraków. Do stawów i młynów leżących nad Rudawą wodę kierowały „żłoby” i rury nadawane przez króla. Woda niestety w wielu wypadkach nie wracała na młyny królewskie, oczywiście ze szkodą dla ich wydajności. Z tego powodu m.in. piekarze musieli szukać innych niż królewskie młynów, uszczuplając swoje dochody.

*

Dla Bronowic Małych najważniejszy na Młynówce był młyn. W XIV wieku istniał młyn pod Hamernią. Prawdopodobnie jeszcze przed lokacją wsi powstał młyn na Błoniu. Od XIX wieku młynarzami była rodzina Baczyńskich. Młyn na Błoniu został zamknięty w latach sześćdziesiątych, a w latach siedemdziesiątych przebudowano go na dom mieszkalny. Okolice młyna były dla mieszkańców Bronowic Małych, szczególnie młodszych, miejscem spotkań i rozrywek. Do Młynówki dochodziły chłopskie pastwiska, „skotnica”, na których grano w piłkę. Graczy przeganiał stąd wójt Tomasz Młodzianowski, którego gospodarstwo znajdowało się niedaleko rzeczki. Do młyna i czterech stawów rybnych wodę doprowadzała odnoga Młynówki. W najgłębszym ze stawów, „trąbie”, pławiono konie i urządzano kąpiele.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ROK 2011. MOGIŁA W SŁOMNIKACH

poniedziałek, 20 czerwca 2011 21:11

 

Po wojnie, w latach czterdziestych, Janina Goławska próbowała odnaleźć grób Eugeniusza. Przy więziennych murach na ul. Montelupich nie było śladu. Wszyscy wiedzieli, że tam Niemcy rozstrzeliwali aresztowanych; ale to wszystko. Szczegółów nie znali koledzy strażacy. Udało się jedynie uzyskać oświadczenia wojennych świadków potwierdzające uwięzienie i śmierć.  Ponieważ 29 listopada 1943 r. Niemcy rozstrzelali zakładników z listy, na której był kpt. Eugeniusz Goławski wszyscy przyjęli to jako datę jego śmierci. Janina doprowadziła do umieszczenia nazwiska na kamiennych płytach w kwaterze „Skały” na warszawskich Powązkach. W Krakowie miejscem rodzinnej pamięci został grób na Cmentarzu Salwatorskim gdzie znalazła swoje miejsce tabliczka z nazwiskiem kapitana. Tutaj płonęły znicze. Tutaj leżały kwiaty.

*

I nagle w lutym 2011 roku elektroniczny list z USA. Mieszkała tam wnuczka Eugeniusza, córka Barbary, Ela Węglarska. Do niej pełne niepokoju pytanie przesłała Krystyna Pilecka z d. Goławska, z Vancouver w Kanadzie: czy to możliwe, że grób taty z datą śmierci znajduje się w podkrakowskich Słomnikach? Do listu załączona była odnaleziona w sieci internetu relacja z odsłonięcia pomnika-grobu żołnierzy konspiracji, w tym strażaków, w dniu 3 maja 2008 r.  Na fotografii widoczne wyryte w czerwonym marmurze nazwisko: „kpt. poż. Eugeniusz Goławski”. Nieprawdopodobne!


Po tej informacji i wymianie korespondencji z Urzędem Miasta i Gminy Słomniki miałem numer telefonu do Mariana Wędrychowicza, człowieka który doprowadził swoim uporem i pasją do majowej uroczystości. Umawiamy się na spotkanie.


Zimowa aura, śnieg, bezlistne drzewa. Stajemy przy marmurowym nagrobku. Na części stojącej, przypominającej skałę, nazwiska zamordowanych przez Niemców żołnierzy podziemia. I próba odpowiedzi na pytanie: co się tutaj wydarzyło?

*

Można tylko przypuszczać, że wydany na konspiratorów wyrok śmierci Niemcy postanowili wykonać pod Krakowem. Wieczorem ciężarówki jechały krętą szosą warszawską do Słomnik. Przy cmentarzu stała drewniana stodoła. Przy jej ścianie 10.12.1943 r. rozstrzelano najpierw Stanisława Magierowskiego. Następnego dnia, 11 grudnia, kolejnych: ppor. Tadeusza Barana z Nowego Targu, kpt.poż. Eugeniusza Goławskiego z Krakowa, por.poż. Edwarda Guniewicza z Myślenic i por.poż. Michała Szaromę z Jasła. Guniewicz i Goławski byli na jednej liście zakładników. Egzekucje obserwowali prawdopodobnie żołnierze AK z miechowskich struktur. Jednego z zabitych mogli znać. Był stamtąd. Później odnalazła go rodzina z Miechowa i szczątki przeniosła do rodzinnego grobu. Stąd jego nazwiska nie ma na słomnickim pomniku. To była szósta ofiara egzekucji. Marian Wędrychowicz opowiadał, że to dzięki tym AK-owcom zanotowano nazwiska pochowanych w ziemnej mogile przy stodole.


Po wojnie wszystkich ekshumowano i przeniesiono na pobliski cmentarz. Usypano ziemny grób. Na krzyżu przybito tabliczkę. Przez lata PRL w realiach małego miasteczka trudno było przywoływać pamięć żołnierzy Państwa Podziemnego.

*

Majowe uroczystości w 2008 roku uruchomiły ciąg zdarzeń w efekcie których kolejne trzy rodziny odnalazły miejsce ostatniego spoczynku swoich bliskich.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ROK 1945. NAZWISKO

piątek, 17 czerwca 2011 19:27

 

Ciężko na sercu było Anieli pozostawionej z trójką dzieci wchodzących w dorosłe życie. Żyła w głębokim przekonaniu, że ich ojciec zginął jak bohater, jeden z tysięcy Polaków. Tymczasem wokół obudziły się upiory. Musiała  nieść ciężar niemieckiego nazwiska. Krzywo patrzyli nowi sąsiedzi. Milicja sprawdzała, czy nie było ich na volksliście. Na szczęście szybko się uspokoiło. W okolicy było wielu takich co pamiętali, co wiedzieli, którzy ich znali. Przypomniała sobie rozmowę z Albinem sprzed kilku lat o ich nazwisku. Teraz to „domowe” nazwisko nabierało innego znaczenia.

*

Na początku było tylko imię. Na początku było imię własne i imiona przodków. Johann, Hans, Chunrad, Karl, Heinrich, Georg, Anton, Paul, Bartholomeo, Ludwig, Matheus, Wilhelm, Gabriel, Jorg. Na początku była jeszcze osada, wieś, siedlisko – miejsce, z którego wyrastał dom. Niemiecki dom to „haus”. Dom to gospodarstwo, to także gospodarze. Z czasem dom to mógł być dwór. W domu mieszkała rodzina; rodzina mała i rodzina wielka. Jeżeli nosiciel imienia opuszczał dom szukając lepszego życia mógł znaleźć swoje miejsce na rycerskim zamku, na dworze margrabiego. Jeżeli nosiciel imienia był wierny stawał się domownikiem, kimś zaprzyjaźnionym. Cieszył się zaufaniem i mógł zostać piastunem. Stawał się domownikiem, „hausnerem”.


Albin tak się wciągnął w wypełnianie „Ahnenpaß”, że zaczął szukać swojego Hausen? Jeżeli istnieje to gdzie się znajduje? A może to jest jedynie legenda z wyobraźni tłumacząca pochodzenie rodziny?

*

Nazwisko Hausner mogło pochodzić od nazw miejscowych kończących się na „hausen”. O tych, którzy pochodzili z Hausen mówiło się w języku niemieckim „hausener”. Hausner mógł wykonywać zawód budowniczego domów. Przecież oni wędrowali. Hausner mógł także być właścicielem domu – gospodarzem, „haushaelterem”. W czasach średniowiecznego osadnictwa do różnych miejscowości w Niemczech, Czechach czy Austrii docierały pojedyncze rodziny pochodzące z Hausen. Miejscowi mieszkańcy mogli im nadawać przydomek „Hausener”. W kolejnych pokoleniach było to już nazwisko, które następnie mogło ulegać skróceniom i uproszczeniom. Rodziny pochodzące od tego samego przodka mogły w ten sposób przyjmować różniące się, chociaż podobne, nazwiska.

*

We Frankonii Hausen oznaczało niewielką osadę powstającą obok istniejącej, większej miejscowości. Tą drogą mogła przebiegać w niektórych miejscach wewnętrzna kolonizacja inicjowana najpierw w północnej Bawarii, a potem z Frankonii na inne obszary południowych Niemiec. Kilka stuleci musiało minąć od wyjścia rodziny młodszego syna gospodarza z Hausen. Mógł wtedy jeszcze nie mieć nazwiska. Jeżeli wyruszył z Frankonii i dotarł do usianego rycerskimi zamkami Górnego Palatynatu to niezbyt ufni nowi sąsiedzi mogli go nazwać Hausnerem, obcym przybyszem. Na początku nie mieli do niego zaufania. Potem się żenił z Margarethą lub Kathariną. Rodzina rozrosła się w kolejnych pokoleniach. Pozostała w nich krew wędrowców.

*

Najpierw – z korzeniami nad Renem - mógł być Hauser, a potem Hausner, Hausser, Houser, Tonhauser, Hausmann, Hauswald, Hausnecht… Johannes Baptista Rietstap w swojej publikacji „Armorial general” podał opis herbu rodu Hauser: na zielonym polu chata z czerwonym dachem.

*

W latach czterdziestych, po zakończeniu wojny, do rodzinnej biblioteczki trafiły książki wydane w USA. Zbyszek korzystał z modlitewnika „Mój niedzielny mszalik” opracowanego przez dyrektora Arcybractwa Przenajświętszej Krwi Pana Jezusa ks. Józefa F. Stedmana, a wydawanego kilkakrotnie w Nowym Jorku. Może nie zapadła jeszcze „żelazna kurtyna” i zamówiona daleko książka trafiła do Bronowic Małych. A może to nikły ślad jakiegoś rodzinnego kontaktu w Ameryce?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ROK 1944. ŁĄCZNICZKA "SKAŁY"

czwartek, 16 czerwca 2011 12:28

 

Janina Goławska pełniła w „Skale” obowiązki łączniczki. Od 1 marca 1944 r. zatrudniona była w biurze instruktora pożarnictwa dystryktu krakowskiego. Z rodzinnych opowieści wynika, że do lipca przebywały w Warszawie córki kpt. Goławskiego. Zresztą Jolanta do pierwszej komunii świętej przystąpiła właśnie w Warszawie. Cała rodzina znalazła się ponownie w Krakowie tuż przed wybuchem powstania warszawskiego. Na początku października 1944 roku Janina została aresztowana podczas łapanki w pociągu Kraków-Warszawa i umieszczona w obozie w Jędrzejowie, w słodowni. W jej sprawie interweniował ppłk.poż. Edward Żołdani w Powiatowej Komendzie Straży Pożarnej. Sprawą zajęła się Bronisława Lach, zastępca powiatowego instruktora pożarnictwa w Jędrzejowie, dzięki której w połowie grudnia ciężko chora J.Goławska została zwolniona i przewieziona transportem Straży Pożarnej do Krakowa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  65 903  

Ulubione strony

genealogia

Statystyki

Odwiedziny: 65903
Wpisy
  • liczba: 196
  • komentarze: 45
Galerie
  • liczba zdjęć: 187
  • komentarze: 10