Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 047 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


ROK 1989. SPOTKANIA U BABCI "KULECZKI" - ANIELI Z KOZUBÓW HAUSNEROWEJ

niedziela, 20 listopada 2011 17:04

 

Mimo, że rodzina w latach sześćdzesiątych rozproszyła się po różnych miejscach to przynajmniej raz w roku dochodziło do spotkań. Do „babci kuleczki” – Anieli Hausnerowej – Elżbieta i Zbigniew z rodzinami przyjeżdżali na kolację wigilijną, na święta Bożego Narodzenia. Przy dużym, rozkładanym, dębowym stole siadali wszyscy zjadając dwanaście wigilijnych potraw – czerwony barszcz z uszkami, zupę grzybową, fasolkę z gotowaną kapustą, o jedynym niepowtarzalnym smaku powstałym z pomieszania leśnych grzybów i tłuszczu smażonego karpia, kompot z suszonych śliwek i wyśmienite ciasta. Kiedy dzieci były mniejsze śpiewano kolędy, a pod choinką pojawiały się jakieś drobiazgi od „aniołka”. Na wszystko spoglądał ze szkicu wykonanego ołówkiem Albin.

*

Nie jeden raz trzeba było przed 6 rano wyjść do Kowalika po świeży, pachnący chleb. Znikał z półek jeszcze ciepły bardzo szybko. Do dzisiaj rodzinne spotkania są osładzane smakołykami z cukierni Antoniego Lisickiego. Pan Antoni już nie żyje, ale cukiernia istnieje nadal, prowadzona przez dzieci. Tradycje firmy sięgają 1939 roku. Po wojnie zajmowała duży lokal przy Placu Wolnica 3. Pod rządami komunistów wrogami byli nawet cukiernicy – stąd aresztowanie i utrata większej części cukierni. Odrodziła się w marcu 1959 roku przy ul. Bronowickiej. Dzięki temu już trzecie pokolenie bronowiczan ma możliwość oglądania i smakowania misternych konstrukcji z lukru, tortów, ciast, kremówek i lodów.

*

Aniela zmarła w roku 1989 mając lat 90 i spoczęła na malowniczym Cmentarzu Salwatorskim obok swoich rodziców. Miejsce spotkań zniknęło po śmierci Barbary w roku 1997, która spoczęła w Krakowie-Batowicach.

*

W małym mieszkaniu było wiele przedmiotów i sprzętów z dawnego domu. Dębowy stół. Kredens stołowy. Szafa biblioteczna znalazła swoje miejsce w... piwnicy. Olejny portret Mariana Kozuba. Tatrzański Mnich i Morskie Oko; przy drzwiach wejściowych  na szkle malowane sceny góralskie i zbójnickie. Duży żyrandol z mosiądzu i kryształu.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ROK 1786. TRZEJ BRACIA?

piątek, 18 listopada 2011 17:04

Z dokumentów, które latem tego roku w postaci skanów otrzymałem od Ani Ordyczyńskiej wynika ciekawa hipoteza, która łączy żyjących dzisiaj Hausnerów pochodzacych z Dornbach-Tarnawca. Na samym początku tej historii stoją trzy postacie: Franciszka urodzonego ok. roku 1758, Henryka urodzonego ok. roku 1760 i Antoniego urodzonego ok. roku 1770.

*

Austriacka administracja realizująca program osadniczy cesarza Józefa II starała się kierować do poszczególnych kolonii całe rodziny. Możliwa jest sytuacja, w której do Dornbach przybyli dorośli już Franciszek i Henryk oraz nieletni Antoni. Dwaj pierwsi otrzymali przydział ziemi i działek pod dom - Franciszek na posesji Dornbach 9, a Henryk na posesji Dornbach 3. Antoni, gdy dorósł postawił swój dom w sąsiedztwie Franciszka. To był Dornbach 8. Można sądzić, że cała trójka to byli bracia, albo bardzo blisko ze sobą spokrewnieni kuzyni.

*

Fanciszek stał się przodkiem Hausnerów z Potoku Jaworowskiego, Podgórza, Bronowic Małych, Krakowa. Jednym z potomków Henryka był ks. Henryk Hausner, proboszcz z Miechocina, i cała linia po kądzieli od jego sióstr.  Z kolei od Antoniego, a dalej Karola pochodzi lwoski socjalista, piłsudczyk, Artur Walenty Hausner i jego krewni żyjący dzisiaj m.in. na  Śląsku.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ROK 1984. DOMOWY JADŁOSPIS

czwartek, 10 listopada 2011 9:45

 

Soboty, niedziele, święta poza wypadami, włóczęgami, wyprawami znaczone były spotkaniami przy stole. Potrawy były zwyczajne, ale pozostawiały ślad na języku.


Nie wiadomo czy pasztet był z zająca, z gęsi, czy wieprzowy. Jego smak był tajemnicą Mamy. Trochę boczku i pewnie mieszanina mięs. W czasach kartek na żywność pojawiła się konina, po którą trzeba było jeździć pod Skawinę. Kiedy w kuchni Tata przykręcał maszynkę do mięsa było wiadomo, że wkrótce na półmisku na stole wyląduje rodzinny przysmak. Mięso mieszane z pieprzem, liśćmi bobkowymi, zielem angielskim, garstką suszonych grzybów, jajkami wypełniało blaszaną formę, w której na co dzień gościło drożdżowe ciasto. Wcześniej to wszystko się gotowało rosiewając zapachy po wszystkich domowych zakamarkach. Przygotowany do pieczenia pasztet  zamieszkiwał na godzinę, dwie w rozgrzanym piekarniku.

*

Od czasu do czasu gotował się wielki garnek bigosu. Suszone grzyby z własnego zbioru (a było to ulubione wakacyjne zajęcie), kapusta, kiełbasa obsmażona na patelni, kawałki mięsa, boczek, pomidory, przyprawy wpadające pod rękę – długo gotowane tworzyły rozmaitość smaków, niemożliwych do opisania. Jedzenie na sobotę, na niedzielę, a najlepsze było to co pozostało do poniedziałku.


W jadłospisie gościły zupy: grzybowa, pomidorowa, jarzynowa, żurek, barszcz biały i czerwony zabielany. Obok w kolejce stały kotlety mielone cielęce, ale także z koniny i wieprzowiny, „bitki”, schabowy z kością, „gołąbki” z kaszą i mięsem, ruskie pierogi. Towarzyszyła im mizeria z ogórków ze śmietaną, tarte na gładko czerwone buraki zasmażane i zabielane, gotowana i utarta marchewka.


Z tą ostatnią wiąże się przypowieść wychowawcza o tym jak nauczyć upartego pięciolatka jeść także to czego nie lubi. To było jeszcze w mieszkaniu przy ul. Komorowskiego. Na obiad „niesmaczna” marchewka. Tata mówi do mnie: - nie jesz, to dziękujemy, dostaniesz na kolację. „Malec” głodny i zbuntowany wstaje od stołu. Kolacja. Czeka marchewka z obiadu. Mały idzie spać. Rano jestem już wściekle głodny, a tutaj znowu ta sama marchewka. Nie może na nią patrzeć. Ze łzami w oczach wstałem od stołu. W południe, kiedy roznosiły się zapachy gotowanego obiadu pięciolatek gotowy był zjeść wszystko. I zjadł… marchewkę i wszystko co znalazło się na talerzach.

*

Nie brakowało ciast. Najlepszy był kakaowiec. Może dlatego, że w latach 1982-1984 – kiedy „obowiązkowo” tkwiłem w wojsku w Mrągowie i Leźnicy Wielkiej – dwa-trzy razy w miesiącu misternie opakowane ciasto przychodziło w paczce z domu pozwalając przynajmniej smakowo oderwać się od rzeczywistości chleba z puszki i niejadalnego salcesonu.  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  65 882  

Ulubione strony

genealogia

Statystyki

Odwiedziny: 65882
Wpisy
  • liczba: 196
  • komentarze: 45
Galerie
  • liczba zdjęć: 187
  • komentarze: 10